poniedziałek, 14 września 2009

Białoszewski Miron, Pamiętnik z powstania warszawskiego

A najgorsze, że idą ci Ukraińcy. I rżną. Wszystkich. Wciąż o tym mówią. Ludzie. Po dwudziestu latach - właśnie teraz, w 1964 i 65 roku - podano dokładne liczby od świadków z obydwóch stron. Nasze pisma dały wykazy, ile rozwalono ludzi na samej Woli w samą sobotę i niedzielę, 5 i 6 sierpnia. Kilkadziesiąt tysięcy osób. Niektóre niedostrzeliwane podpalono razem z tamtymi niby-zabitymi. Rzucało się ich na wspólne stosy. Ze szpitala Świętego Stanisława, róg Wolskiej i Młynarskiej (teraz Szpital Zakaźny nr 1), rozstrzeliwali i wyrzucali żywcem chorych przez okna na dziedziniec. Tam podpalali, jak szło. Żywych czy nie. Zagrzebywali na miejscu. Też tak jak szło. Jako dziennikarz w 1946 roku byłem wysłany na moment ekshumacji. Zajechałem z fotoreporterem. Weszliśmy na ten dziedziciec. Trzy czy cztery rzędy wygrzebanych świeżo, obrośniertych ziemią bezkształtnych brył. Kojarzyło mi się to z różnościami. Z kotletami w bułce i utytłanymi w czymś. Jeden pamiętam naprawdę z kością, jedną, wystającą.

Ćmawa otchłań z pipiącymi się świecami na ołtarzyku z Matką Boską w porcelance...

No i chciałem uciekać. A jakbym uciekł, powtarzam, to bym znów żałował, że nie przeżyłem tego, co miałem przeżyć. Dlatego mi tak szkoda tych umarłych zbombardowanych. Że minęła ich ta frajda przeżycia. Inna rzecz, że to na tym właśnie polega. Że można nie przeżyć.

Dużo tu może mówię o tych zabytkach. Ale były ważne. Bo z nami ginęły.

To wszystko zresztą zupełnie jest tak jakby jednym złudzeniemm. Strasznie oklepane powiedzenie. Ale tylko to mi pasuje. Do tego, co wtedy się odczuwało. Bo nie trzeba było być aż poetą, żeby troiło się w głowie.

A jeżeli mało piszę o wrażeniach. I zwyczajnym językiem wszystko. Tak jakby nigdy nic. Albo nie wchodzę w siebie prawie, czyli jestem jakby od wierzchu. To tylko dlatego, że inaczej się nie da. Że zresztą tak to siebie się czuło. I w ogóle to jest jedyny sposób zresztą nie sztucznie wykombinowany, ale jedyny właśnie naturalny. Przekazania tego wszystkiego. Przez dwadzieścia lat nie mogłem o tym pisać. Chociaż tak chciałem. I gadałem. O powstaniu. Tylu ludziom. Różnym. Po ileś razy. I ciągle myślałem, że mam to powstanie opisać, ale jakoś przecież OPISAĆ. A nie wiedziałem przecież, że właśnie te gadania przez dwadzieścia lat - bo gadam o tym przez dwadzieścia lat - bo to jest najwększe przeżycie mojego życia, takie zamknięte - że właśnie te gadania, ten to sposób nadaje się jako jedyny do opisania powstania.

Co robiło się w schronie?
Gadało. Leżało. Czasem szedłem przez korytarz do piwnicy środkowej, tej u wylotu ze słońcem z góry, i tam siedziałem, pisałem. Dużo było modlitw, w których brało się udział. Byłem wtedy na jakiś sposób jeszcze wierzący.

I wydawało się, że już całe lata tego za nami, i co przed nami?, że nic innego nie było i nie będzie, tylko powstanie. Którego nie można było dłużej wytrzymać. Każdego dnia nie można było dłużej. Potem każdej nocy. Potem każdych dwóch godzin. Potem każdych piętnastu minut.

...we Freta wykręcił puszczony przez Niemców "goliat". Taki mały czołg. Raczej tank. Że puszczony, to z początku się nie wiedziało. Był raczej niby opuszczony. Czyli podpuszczony. I zdobyty przez Polaków. Natychmiast tłumy rzuciły się wiwatować Prowadziły zdobycz. I szły koło niej. Z Freta potem, wykręcili w Długą. I gdzieś koło Kiliśnkiego (wylotu), kiedy euforia dochodziła do szczytu, a balkony były oblepione ludźmi, nastąpiła katastrofa. Po prostu wybuchnął mechanizm zegarowy. Na balkonach zostało sporo postaci przechylonych przez żelazne sztachetki. Najwięcej trupów, kawałków nóg, rąk, wnętrzności, ubrań było na tych skkwerach na środku.

Wiadomo, jak zawsze, w najgorsze czasy, kościoły są zaopatrzone w te opłatki do komunii i jak o to dbają. To jest rzecz, której nigdy nie braknie!

Idziemy. Grzmi. Ten front. Sypie się. Wciąż. Coś. Włazimy w tę szyję Rynku. Tu gdzieś chyba ta kobieta. Od drzwi. W rowki. Poszła. Odeszła. Się rozeszła. Nie wiem. Bo to wszystko się rozłaziło. Nie trzymało się kupy. Mijało. Szło.

Rano ruch. Nalot. Framugi. I wtedy patrzymy, co ciotka tak cicho. A ciotka nie żyje.
[...]
Wynieśli ją. Te one, znaczy. Ta rodzina. Na podwórze. Ale że strasznie walili, to tylko tak położyli szybko, prawie rzucili u wylotu schodów. Trochę z boku. Tak, że leżała w kucki. Rozkraczona. Cały dzień, całą noc. I dalej. Bo naprawdę nie było jak i kiedy pochować.


Zaraz zaczęło się i u nas bombardowanie i popłoch. I wtedy ta sraczka i rzyganie. I te trupy, które potem pochowali na tyłach "Palladium".

Śmierć była zasadą. Największą możliwością. Prawie jedyną. Prawie jako sto procent. Bo dla wielu - prawie i bez tego. To też - błąd statsystyki. Poza tym tak: jeżeli teraz walą bomby, to znaczy ginie ktoś. Od każdego takiego coś, co słychać, wali się coś.

- No bo nagle powrót do normy, i nagle nie ma miasta, nie ma domów, no... rozpacz...
Tak, właśnie to, że to już spokój. Koniec. Po wszystkim. Dwieście tysięcy ludzi leży pod gruzami. Razem z Warszawą.

To całe wychodzenie szło powoli. I było podobne do zbierania się na sąd ostateczny.

Wszyscy ludzie co wyłazili wtedy z Warszawy, byli do siebie podobni i zupełnie niepodobni do innych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz