niedziela, 13 września 2009

Gijsen Marnix, Elegia na śmierć Agnes

Byłem prostolinijnym chłopcem, typowym molem książkowym, i nie miałem zielonego pojęcia o tym, co moja matka i niektórzy spośród mych doświadczonych kolegów nazywali "życiem". Wszystko, czego dowiadywałem się na ten temat, napełniało mnie odrazą i obrzydzeniem, i wolałem raczej spoglądać na świat oczami wielkich i szlachetnych umysłów.

...pod starannie dopasowaną maską stanowczości czułem się słaby i bezradny.

Zbyt późno zrozumiałem, że narzucono nam konwencjonalny obraz kobiety i mężczyzny, oparty w większym stopniu na mitologii i społecznych przesądach całkowicie barbarzyńskich lub nazbyt cywilizowanych narodów niż na jakichkolwiek racjonalnych czy rzetelnych fundamentach.

...potępia swego ojca, ponieważ on, Alfred, powstał w gwałtownej ekstazie kopulacji i z potwornej ciąży swej matki.

Zatrzymywał się czasami, gestykulując z ożywieniem, na szerokim chodniku naszej głównej ulicy, i wskazując na dziesiątki przechadzających się w najlepsze par, wołał teatralnie: "Czy to musi tak trwać? Czy oni wiecznie będą tak spacerować, pokolenie za pokoleniem? Czy spacerują tak od XIV wieku po tej ulicy?"

Z gorzkim triumfem objaśniał mi, jak groteskowo bolesny potrafi być połóg, tak zwane ukoronowanie całego tego wzdychania w blasku księżyca, owego zawodzenia i gruchania, o którym tyle można przeczytać i usłyszeć, także w naszym najbliższym otoczeniu.

...teraz odczuwałem na własnej skórze, że nawet najwcześniejszy początek miłości wywołuje duchowy niepokój, a także dosłownie wpędza mnie w cielesną dolegliwość.

Jak jednakże miałem wytłumaczyć me poczynania, owo zagarnięcie praw do serca i ciała dziewczyny, jeśli nie pobudkami, które mi wpojono i które ukazano mi jako normalne?

Nie ulegało dla mnie najmniejszej wątpliwości, że Agnes i ja zaczniemy świat od nowa i uczynimy go lepszym.

Czy kiedykolwiek odnajdziemy spokojny rytm naszej młodości w kakofonii dzisiejszego świata?

Cóż wiemy w końcu o triumfalnych odczuciach brzdąca idącego po raz pierwszy o własnych siłach, balansującego ostrożnie lub przewracającego się niezgrabnie, który właśnie przez te pierwsze kroki uświadamia sobie ze zwierzęcą niemal prostotą, że wyrusza w drogę, która dla nas zbliża się już do kresu.

Wojsko czyni z chłopca mężczyznę mniej więcej w taki sam sposób, w jaki burdel czyni z dziewczyny kobietę.

Rozmowy o głębszym sensie i znaczeniu naszego związku przychodziły mi zawsze z trudem i dlatego czuliśmy się wciąż zmuszeni uciekać się do przenośni i porównań.

Powodowany głupią, męską niewiedzą pomyślałem, że naprawię wszystko, biorąc ją w ramiona.

...ogarnął mnie sprzeciw, ponieważ śmierć nie przychodzi po nas, kiedy oczekujemy jej spokojnie niczym wybawienia czy nagrody, lecz przechodzi obok nas w chwili naszej największej nędzy czy najwyższego szczęścia i dopada nas z potwornym sadyzmem w momencie, gdy stoimy w połowie drogi między błogością a rozpaczą, bezbronni, sparaliżowani, z sercem przepełnionym mizernym porotestem.

Gdybym zdobył się wówczas na odwagę, zabrałbym Agnes z powrotem do naszego deszczu i mgły, gdzie mogłaby umrzeć spokojnie w moich ramionach, otoczona przez rodzinę, a nie przez bandę międzynarodowych histeryków najrozmaitszego pokroju. Lecz musiałem wrócić do pracy, do tego, co z odrazą nazywałem mą przyszłością.

Jej śmierć była, jak twierdzą wierzący, zapisana w gwiazdach, w tej kartotece Boga. Zastanawiałem się, dlaczego w gwiazdach nie jest zapisane, że młoda dziewczyna powinna zostać kobietą i matką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz