sobota, 28 marca 2009

Coetzee John Maxwell, Hańba (ciąg dalszy)

Zapomniałem o kilku ważnych cytatach. Błąd naprawiam poniżej.

Czyli robi to dla siebie. Ponieważ tak mu nakazuje własne wyobrażenie o świecie jako miejscu, w którym ludzie nie obtłukują zwłok łopatami, żeby nadać im kształt ułatwiajacy dalszą obróbkę.

Można by na przykład przez więcej godzin dziennie pracować w klinice. Można by próbowaćwytłumaczyć dzieciom z wysypiska, żęby nie faszerowały się truciznami. Nawet gdyby bardziej przysiadł fałdów nad librettem o Byronie, dałoby się to od biedy uznać za wyświadczoną ludzkości przysługę.
Ale do tamtych zadań są inni chętni - do opiweki nad zwierzętami, do resocjalizacji, nawet do pisania o Byronie. Lurie ratuje honor trupów, bo nikt inny nie jest dość głupi, żeby się tego podjąć. A on taki właśnie powoli się staje: głupi, stuknięty, niepoprawny.


Chętnie bym ci to wszystko wytłumaczyła, ale nie potrafię. Ty jesteś sobą, a ja sobą, więc nie potrafię.

Brak we mnie liryzmu. Zbyt łatwo radzę sobie z miłością. Nawet kiedy płonę, nie śpiewam.

Czego pies nie zdoła rozpracować (nigdy w życiu, choćby przeżył jeszcze nie wiem ile niedziel, myśli Lurie), czego własny nos mu nie powie, to tego, jak można wejść do pokoju, który na pozór wydaje się całkiem zwyczajny, i więcej stamtąd nie wyjść. Coś tam się wydarza - coś, o czym nie wypada mówić. Dusza przemocą wyszarpnięta z ciała na krótką chwilę zawisa w powietrzu, wijąc się i skręcając; a potem jakiś powiew ją wysysa i już jej nie ma. Pies nie zdoła pojąć, co własciwie dzieje się w pokoju nie będącym właściwie pokojem, lecz dziurą, przez którą wycieka się ze sfery istnienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz