
Nakręcone 4 lata przed The Visitor, to dzieło zapowiadało świetnego reżysera, tworzącego filmy z odpowiednim wyczuciem, który z prawdziwą gracją potrafi odwołać się do emocji widzów.
Finbar McBride, główny bohater, traci najlepszego, a być może jedynego przyjaciela i zarazem wspólnika. Prowadzili sklep z modelami wagonów kolejowych. Okazuje się, że Finbar, w spadku po bliskim znajomym, odziedziczył niewielką stacyjkę przy torach, z dala od miasta. Gdyby jego życie wyglądało inaczej, może sprzedałby ten kawałek ziemi, i kupiłby mieszkanie w jakiejś spokojnej dzielnicy. Ale Fin ma naturę samotnika, jego sylwetka jest powodem do drwin lub co najmniej zdziwienia dla innych ludzi. Fin jest karłem i niemal przy każdym spotkaniu z innym człowiekiem czuje się jak jakiś wybryk natury, kuriozalne, niepoważne zjawisko, a nie człowiek.
Wyjeżdża więc, a właściwie odchodzi – bo wszędzie podąża na piechotę. Nowe miejsce zamieszkania, to nowe znajomości, które nawiązują się jakby mimochodem. Finbar wcale o nie nie zabiega, ale one – wbrew bohaterowi – tworzą się i stają coraz silniejsze. McCarthy przedstawia bardzo wyraziste postaci, z których każda ma swoją historię, każda ma inne nastawienie do życia. Finbar – milczący samotnik, przez dwójkę znajomych, z którymi nawiąże najmocniejsze relacje, nie będzie postrzegany, jako wybryk natury, ale interesujący, nieco tajemniczy człowiek.
McCarthy próbuje przedstawić w jaki sposób ludzkie losy się przeplatają, i co sprawia, że ludzie chcą mówić o sobie. Zamknięta w sobie, ale o pogodnym usposobieniu, otwiera się przed Finbarem, mówi o gnębiących ją sprawach mimo, że rzadko z kim rozmawia, unika kontaktów. Może właśnie dlatego, że Fin pozwala jej mówić, sam jest milczący, skupiony na słuchaniu, może dlatego ludzie mówią mu te ważne dla nich rzeczy, a nie tylko wymieniają grzeczności. A może dlatego, że – jak pokazuje McCarthy – ludzkie losy przedziwnie się przeplatają, może istnieje jakieś dziwaczne pokrewieństwo dusz, które przyczynia się do nawiązania dobrych stosunków z drugą osobą? Olivia i Fin, to bohaterowie, które mieli podobne doświadczenia – on stracił prawdopodobnie najważniejszą osobę w życiu, ona – pochowała syna. Obydwoje są jakby niedopasowani do rzeczywistości. On – przez wzrost, ona – przez roztargnienie nie potrafi zapanować nad najprostszymi rzeczami.
Każdy z głównych bohaterów boryka się z jakimś problemem i wszyscy próbują sobie z tym poradzić. Każdy inaczej, na swój sposób. Fin oddaje się swojej pasji – obserwuje pociągi, czyta o kolei, Olivia – maluje, Joe – szybko nawiązuje kontakty i chce jak najwięcej czasu spędzać z innymi.
McCarthy nie daje w swoim filmie odpowiedzi na to jak radzić sobie z problemami. Przeciwnie – pokazuje on, że trudności, to zawsze – koniec końców – problem osobisty i nie da się go rozłożyć na dwie osoby, zawsze trzeba poradzić sobie z nim w samotności, zmierzyć się osobiście. Znajomości pomagają tylko odpocząć, są swego rodzaju środkiem, który pozwala znieść swoją sytuację.
The station agent, to też film o tolernacji, o odkrywaniu interesujących cech w każdym człowieku niezależnia jak wygląda, czy jak się zachowuje. To opowieść o godzeniu się z własną osobą, z rzeczywistością i światem, na którym przyszło żyć, o ciężarze, który każdy musi utrzymać, ale i o pięknych chwilach, niby nic nie znaczących chwilach, które zdarzają się naprawdę.W pewnym momencie Fin, przezwyciężając obawy, udaje się na prośbę kilkuletniej dziewczynki do jej szkoły, by wygłosić referat o pociągach. Wystrojony w garnitur mówi o swojej pasji. Jeden z uczniów przerywa i mówi, że sterowce są fajne, dziewczynka siedząca obok, odpowiada, że pociągi też. Fin podsumowuje, że jedne i drugie są cool.
I o tym mówi nam w całym filmie McCarthy. Nieważne co robią, jak się poruszają, jak wyglądają – i jedni i drudzy są cool.
Link na IMDB
Filmweb - źródło zdjęć i opis filmu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz