W gazecie wyborczej (Duży Format, 05.11.2009) pojawił się bardzo ważny i nie mniej interesujący wywiad ze współczesnym polskim pisarzem - Jackiem Dukajem. Oto fragmenty:
Dzieciństwo to jest kraina odkrywana z brzegu dorosłości - dowiadujemy się po latach, w jakich to naprawdę wydarzeniach uczestniczyliśmy, kim byli ci ludzie, których rozpoznajemy jak figury we mgle, dlaczego matka płakała, co się stało z sąsiadami itd. To naturalne, ale i tu są stopnie - co dziecko potrafi sobie jakoś zorganizować w głowie na bieżąco, a co zupełnie mu się nie klei i w całości musi zostać sformatowane, "odpamiętane" po latach.
Wojna, pożar, powódź - OK, to są proste sytuacje. Ale co dzieciak pojmuje ze "stanu wojennego"? To przychodzi potem, w miarę dorastania, w miarę zdobywania informacji wtórnej, z innych źródeł - sukcesywnie rewidujemy oryginalne wspomnienia, ujmując je w dopiero zdobyte schematy pojęciowe, i potem pamiętamy już wspomnienia wspomnień i wspomnienia wspomnień wspomnień, aż się spotyka kilku trzydziestoparolatków i okazuje się, że wszyscy mają pod powiekami te same trzy-cztery emblematyczne obrazy.
Dlaczego właściwie nasza popkultura jeszcze ciąg-le nie przetrawiła stanu wojennego choćby tak, jak swoją niedawną historię przetrawili Czesi?
- O stanie wojennym zazwyczaj się powiada, że to była taka trauma, że trzeba czasu, by zdobyć konieczny dystans. Ale to mnie zupełnie nie przekonuje - ludzie tak naprawdę nie mają wyczucia tych odległości. Historia najnowsza wcale już nie jest najnowsza. Prosta ilustracja: 2009-1981=28. 1945+28=1973. Czy w 1973 roku II wojna światowa nie została już na setki sposobów przerobiona w polskim kinie, telewizji, teatrze, w literaturze (i w czytadłach dla mas, i w tekstach ambitnych)? A czy wojna nie była traumą? Jeszcze jaką! A my mamy tu nadto wielką przewagę, bo z naszych 28 lat tylko w części ograniczała nas cenzura.
Może więc chodzi o tę niemożność uporządkowania obrazu świata - II wojna światowa, chociaż są w niej warstwy trudnych do ujednoznacznienia faktów i zawikłań, ma przecież też warstwę poddającą się schematyzacji nawet dla dziecka. Źli napadają na dobrych, brońmy naszego kraju. Stąd możliwi byli "Czterej pancerni", Kloss, itp. gry wyobraźni. Natomiast stan wojenny i lata 80., 90. nie mają ani jednej takiej warstwy. Gdybyż przynajmniej faktycznie powieszono Jaruzelskiego, rozstrzelano kolaborantów!
* * *
Jednak nadal pomijamy tutaj kluczowy aspekt popkultury. Parafrazując klasyka, można rzec: kultura wysoka rozmaicie tylko opisywała człowieka, chodzi jednak o to, że kultura masowa dziś człowieka robi. I w skali cywilizacyjnej ja to rozumiem dosłownie, tzn. człowiek i świat to będzie to, co akurat okaże się najmodniejsze, najatrakcyjniejsze jako człowiek i świat; jaki model fikcji o człowieku i świecie okaże się najbardziej zaraźliwy. Już w tej chwili MTV za pomocą chirurgii plastycznej przerabia ochotników w kopie celebrytów, a kobiety jeżdżą do południowych klinik przedłużać sobie kości nóg wedle obowiązujących kanonów mody. Dlaczego? Ponieważ jest to technologicznie możliwe. A dlaczego akurat tak? Ponieważ takie wektory zmiany narzuca kultura masowa. Te procesy można co najwyżej spowalniać, ale nie można ich zatrzymać na wieczność. Docelowo pozostaną tylko nagie prawa fizyki plus kultura.
I moim zdaniem tak należy patrzeć także na ten polski kłopot ze stanem wojennym. Mówiąc hasłowo, stan wojenny jako fakt kulturowy trzeba ZROBIĆ. Tymczasem my czekamy z założonymi rękoma, aż zbiorowa podświadomość Polaków sama go przetrawi i poda w jakimś "naturalnym" schemacie, i wtedy dopiero będzie nam wolno na tym gotowcu grać (na dodatek ideologicznie "bezpiecznym" przez swoją anonimowość).
Ale po co?
- Czego Polakom brakuje w popkulturze? Po pierwsze, zabawowego nastawienia do sztuki, kultury, historii. Takiego luzu wyobraźni, który pozwala brać się do dowolnych tematów w dowolny sposób, chociażby najbardziej odjechany, nie-do-pomyślenia, śmieszny, niepoważny, albo na odwrót - pozornie zbyt głęboki dla niby błahej treści. W którym to nastawieniu tylko jedno kryterium decyduje, czy mnie samego to kopnęło w kręgosłup, czy chce mi się w to grać we własnej głowie.
Po drugie, bezczelności, swoistego autorytaryzmu ducha, mocy zarażania swoimi wizjami. Że chociażby wszyscy naokoło wzruszali ramionami i wznosili oburzone okrzyki, nic mnie to nie obchodzi, nie potrzebuję uzasadnień rozumowych, ideowych, zeitgeistowych, środowiskowych: robię swoje, bo mnie porywa właśnie coś takiego - ale porywa tak mocno, że aż się to udziela odbiorcom, i oto nagle coraz więcej ludzi zostaje zassanych w moją wizję, w tym uprzedni krytycy.
Tę siłę mają Tarantino, Almodóvar, von Trier, Lynch itp. - w kinie widać ją dzisiaj najwyraźniej. (Tak właśnie Tarantino ostatnio "zrobił" swoją własną alternatywną II wojnę światową).
W Polsce sytuacja zaczęła się zmieniać dopiero w ostatnich latach. Świadomość tych reguł cywilizacyjnych powoli dociera do Warszawy; tak interpretuję działalność Muzeum Powstania Warszawskiego, ale też niektóre próby Krytyki Politycznej. W pokoleniu trzydziestolatków pojawia się zresztą - o ile mogę to ocenić z mojej perspektywy - trochę więcej wystarczająco "bezczelnych", osobnych twórców, niekryjących się już za trendami, ideami, modami, środowiskami.
Link do całości na gazeta.pl
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz